46 sekund.
Czyli o tym, dlaczego znowu szykuję się do półmaratonu.
6 czerwca 2026 przebiegłam Wrocławski Nocny półmaraton.
Plan był prosty — pobiec szybciej niż 9 lat temu. Stając na starcie miałam jednak ambitniejszy cel — złamać dwie godziny. Oficjalny wynik jaki pojawił się w SMS-ie po skończonym biegu to 2:00:46. Czterdzieści sześć sekund. Wystarczająco, żeby po ogromnej radości pojawił się niedosyt.
Nie był to rodzaj rozczarowania, który każe rzucić wszystko i powiedzieć „to nie dla mnie”. Wręcz przeciwnie. Te 46 sekund uruchomiło we mnie całą machinę emocji, a przede wszystkim ciekawość. Wiem, że nie zabrakło mi szczęścia. Nie zabrakło przypadku. Zabrakło konkretnych umiejętności, nad którymi jestem w stanie popracować.
Patrząc z perspektywy czasu — ostatnie pół roku podporządkowane było przygotowaniom do HYROX-a. Bieganie było ważnym elementem planu, ale nie jego głównym celem. Wiedziałam, że jeśli będę dobrze przygotowana do zawodów HYROX, to półmaraton powinien wejść dość naturalnie. I tak właśnie się stało.
Na trasę wyszłam z bardzo prostym założeniem — utrzymać tempo. Bez szarpania, bez nadrabiania pierwszych kilometrów. Po prostu robić swoje. Przez większość biegu na zegarku widziałam około 5:40 min/km. To był chyba pierwszy start, podczas którego bardziej ufałam przygotowaniom niż emocjom.
A mimo to przez 21 kilometrów głowa zdążyła przeżyć wszystkie możliwe kryzysy. To właśnie za to jednocześnie kocham i nienawidzę biegać. Masz mnóstwo czasu na rozmowę z samą sobą. Pojawiają się myśli i analizy, że może warto zwolnić, że może już wystarczy, że przecież nikt nie będzie miał pretensji. A potem robisz kolejny krok. I kolejny. I nagle okazuje się, że to właśnie głowa wykonuje najcięższą pracę — nie nogi.
Na mecie poczułam dwie rzeczy jednocześnie. Dumę i niedosyt. Dwa wilki, które średnio się ze sobą dogadują. Z jednej strony był to mój najlepszy wynik. Z drugiej strony liczyłam na trochę lepszy.
Odpowiedź przyszła bardzo szybko. 20 września biegnę kolejny półmaraton.
Tym razem całe wakacje podporządkowałam jednemu celowi — chcę biegać szybciej. Nie więcej kilometrów. Nie dłużej. Szybciej. To jest zupełnie inny blok treningowy niż poprzedni. Więcej pracy nad dynamiką, szybkością i techniką biegu. Wrześniowy półmaraton będzie dla mnie sprawdzianem, czy te 46 sekund rzeczywiście było do odrobienia. A może stać mnie na więcej?
A co potem? Po półmaratonie we wrześniu kolejna zmiana kierunku.
Listopad to kolejny HYROX. Tym razem wystartuję solo. Po wrześniowym biegu planuję mocniej wejść w trening siłowy i dopracować wszystkie elementy, które podczas HYROX-a robią największą różnicę. Paradoksalnie właśnie dlatego zależy mi teraz na bieganiu. Im lepszą bazę uda mi się zbudować latem, tym łatwiej będzie połączyć ją z przygotowaniami do listopadowego startu.
Kilka dni temu zapisałam sobie w notesie pytanie: Po co właściwie trenuję? Dla kogo staję na linii startu? Dlaczego nie odpuszczam?
Nie mam jeszcze jednej, idealnej odpowiedzi. Wiem natomiast, że przez ostatni rok wydarzyło się coś, czego wcześniej u siebie nie znałam. Trening przestał być czymś, na co „znajduję czas”. Stał się częścią mojego dnia, tak samo naturalną jak praca.
Wstaję rano i robię swoje.
Nie mam chęci — robię swoje.
Mam świetny dzień — robię swoje.
Mam beznadziejny dzień — też robię swoje.
To podejście bardzo mocno przeniosło się również na moją pracę projektową. Kiedyś czekałam na magiczną-mistyczną wenę. Dzisiaj po prostu siadam do biurka i zaczynam. Nawet jeśli danego dnia zrobię tylko mały krok do przodu, to nadal jest to krok. Dokładnie tak samo jest z treningami.
Może właśnie dlatego lubię sport.
Nie dlatego, że daje medale czy rekordy życiowe. Lubię go za to, że codziennie przypomina mi jedną prostą rzecz — efekty są konsekwencją powtarzania małych działań. Nie jednego idealnego treningu. Nie jednego idealnego projektu. Tylko setek zwyczajnych dni, w których mimo wszystko robi się swoje.
Mam nadzieję, że 20 września te 46 sekund zostanie już tylko wspomnieniem. A jeśli nie?
To pewnie znowu będę wiedziała, co robić dalej.