Hyrox - przepis na długie zimowe wieczory
HYROX — jak do tego doszło?

A no szybko! Bez zastanowienia. Bezmyślnie wręcz.
Koleżanka z run clubu w Sylwestra zapytała, czy ktoś nie chciałby wystartować z nią w parze. Ja odpowiedziałam. Słowo się rzekło! W Barcelonie jeszcze nie byłam!
Od Sylwestra do 17 maja było sporo czasu. Wiedziałam, że zdążymy się przygotować. Biegam regularnie, w tygodniu wpadnie też siłownia. Od września szykowałam się do obozu rowerowego z triathlonistami Funtri (o tym napiszę kiedyś więcej, bo przy okazji projektowałam dla nich logo i stroje sportowe). Czy trenuję do triathlonu? Nieee… skądże! To znaczy, może kiedyś będzie to w planach.

Wracając… Płuca po obozie były gotowe, gorzej z siłą. Konkretne przygotowania zaczęłyśmy w marcu. Korzystałyśmy z zajęć dostępnych na siłowni, a oprócz tego biegałyśmy we własnym zakresie. Bywało ciężko. Treningi dawały w kość, a że ambitne z nas bestie, nie było szans, żeby odpuścić. Wszystko było dopasowane pod konkretne jednostki treningowe. Sześć treningów tygodniowo, a oprócz tego praca i normalne życie.
Te kilka miesięcy minęło w oka mgnieniu. Zanim się zorientowałam, siedziałyśmy już w samolocie. Kierunek: Hiszpania! Z samej Barcelony niewiele pamiętam, tak bardzo byłam zestresowana zawodami. A start? Otwierałyśmy tę imprezę o 8:30 jako pierwsza fala zawodników. Wszystko było pięknie poukładane, czyste i spokojne. Mało ludzi dookoła. Mogłam skupić się wyłącznie na samych zawodach.
Oddech. Dotrzymać kroku. Nie zwątpić. Spokojnie, dasz radę. Nie przyspieszaj. Teraz dociśnij. Dasz radę!
Więcej nie pamiętam. Kilka przebłysków, chociaż czasami wydaje mi się, że moja głowa, oglądając później filmiki z zawodów, sama stworzyła sobie obraz całego występu.

Udało się! 1 godzina 18 minut oraz dodatkowe 5 minut i 15 sekund kary za pominięcie jednego okrążenia podczas biegu i podanie liny z ręki do ręki. Zdarza się najlepszym. Przez ten mały wybryk prawdopodobnie powtórzymy duet w przyszłym roku, żeby się poprawić. Obie poczułyśmy niedosyt.

Lubię wyzwania. Lubię uczucie, które pojawia się gdzieś w środku, kiedy jestem w drodze do konkretnego celu. Miniony rok jest chyba najbardziej świadomym rokiem mojego życia, bo dzięki treningom wiem, gdzie są moje granice. A właściwie wiem, że te granice zależą głównie ode mnie.

Nie wiem, czy też tak macie, ale treningi uczą mnie kilku rzeczy, które później wykorzystuję każdego dnia w pracy. Szczególnie wtedy, kiedy ta mityczna wena nie może jakoś do mnie trafić.
Trening zrobiony to trening zrobiony. Nie kończę go z wystawioną oceną. Nie zastanawiam się, czy był idealny. W pracy kreatywnej jest to niemożliwe. Ciężko pozbyć się uczucia ciągłego oceniania, bo na tym polega ta praca. Ale dzięki sportowi dużo łatwiej jest mi podejmować rękawicę w te gorsze dni.
Siadam i robię. Nie oceniam, czy chce mi się pracować.
Siadam i robię. Nie czekam na idealny moment.
Siadam i robię. Nawet jeśli to tylko trochę dłubania przy nowym projekcie, to i tak więcej, niż gdybym całkowicie się poddała.
Po prostu siadam i robię.
A HYROX? Szykuję się na listopadowe zawody. Tym razem występ solo. Trzymajcie kciuki.